Ewcin to wieś na styku dwóch regionalnych wpływów: piotrkowskiego i brzezińskiego.
Dom Agnieszki jest miejscem, w którym zapomnianej historii przywraca się życie, gdzie gości duch minionych czasów.
Stół nakryty ceratą. Kwiaty w wazonie. Stary kredens. Drewniane, ręcznie rzeźbione krzesła. Zsiadłe mleko i kosz truskawek…
Zapach młodej lipy
Przenosimy się tu do czasów pamiętających zapach kwiatów młodej lipy z Prażek, pod którą siadało wielu zmęczonych chłopów. Odpoczywali, a drzewo szumiało im o świecie.
Pod tą samą lipą znajdował spokój i natchnienie Władysław Reymont. Zanim napisał zdanie powieści – słuchał, obserwował, zaglądał za płoty chłopskich posiadłości i przyglądał się życiu. Dawniej on chodził od chaty do chaty, a dziś to Agnieszka chodzi od domu do domu. W podobny sposób przemierza te same szlaki, by dowiedzieć się czegoś o ludziach, którzy żyli tu przed laty. Wtedy okiennice zatrzaskiwali przed Reymontem, dziś zamykają drzwi przed Radomską.

– Odwiedzam wiele osób. Proszę o podzielenie się ze mną wspomnieniami. Ludzie nie chcą rozmawiać. Szanuję to, ale nie poddaję się, bo tu jest ziemia, na której wychowali się moi dziadkowie, rodzice, ja i pięcioro mojego rodzeństwa. Od pokoleń jesteśmy z nią związani – opowiada Agnieszka. – Dziadkowie ze strony taty mieszkali w Wielkopolsce. Pracowali u kowala i produkowali koks. Tam, gdzie byli potrzebni dziedzicowi, tam szli. Doszli tutaj i spotkali przodków mojej mamy. Ci zajmowali się tkactwem. Mój dom to połączenie siły kowala i delikatności tkaczki – dopowiada.
– Tu przywołuję minione czasy, żeby pamiętać o tym, co w tym miejscu było ważne, co jest podwaliną regionalnej kultury – tłumaczy swoją misję. – Wiem, że wypieranie pokoleniowej tradycji sprawia, że stajemy się społecznie ubożsi. Dlatego budzę historię tego miejsca, by wskrzesić niepielęgnowane od dawna zwyczaje: obrzędowo-zdobniczą plastykę, plecionkarstwo, hafty.
Testament: miłość do ziemi przodków
Agnieszka szuka utraconych wzorów lokalnych ubiorów, bo to one dawniej stanowiły o przynależności do danej społeczności. Podkreśla unikatowość i niepowtarzalność stroju piotrkowskiego. Chce go uwydatnić, by odzyskał swój charakter.
– Zależy mi na przywołaniu pamięci o ludowych zwyczajach, dlatego zachęcam do ich praktykowania. To nie tylko doskonały sposób wyrażania wdzięczności poprzednim pokoleniom, ale też możliwość wejrzenia w osobistą historię oraz pogłębienia więzi z ziemią przodków i z wszystkimi jej współczesnymi mieszkańcami – przekonuje nasza gospodyni.
Mimo wielu trudności – jest wytrwała. A wytrwałość przekuwa w siłę, dzięki której wszędzie czyni dobro: w swojej gminie i poza jej granicami. Gdziekolwiek się znajduje, poprzez tradycyjny ubiór, prezentację wyrobów swojego regionu i warsztaty rękodzielnicze podkreśla, skąd pochodzi, z jakiej ziemi wyrasta.
Kiedyś ludzie okiennice zatrzaskiwali tu przed Władysławem Reymontem, dziś zamykają drzwi przed Agnieszką Radomską
W ten sposób wskrzesza świadectwo swojego taty: – Testament, który pozostawił, to miłość do ziemi swoich ojców. Nauczył mnie, że nie trzeba szukać daleko, bo to, co daje moc, znajduje się blisko – w miejscu, które uczy żyć i tworzyć w wierności przekazom pozostawionym przez przodków.
Dziś już nie błądzę
Wspomina szkołę, w której nauczyła się rzeźbić w mydle i tworzyć bukiety: – Gdy dostawałam pracę domową, zwracałam się do babci, która zawsze miała dla mnie czas. Razem przędłyśmy wełnę, robiłyśmy na szydełku i na drutach. Moja prababka też „nie odpuszczała” wnukom. Snuła (przygotowywała) osnowę tak, by dzieci mogły tworzyć tkaniny na krośnie. Sprawdzała każdą przeplecioną przez nas nić.
Dzięki przykładowi wytrwałych i pracowitych kobiet ze swojego rodu Agnieszka dziś odważnie przywołuje i praktykuje zapomniane zwyczaje i obrzędy. Odsłania je delikatnie, jak skrytą pod powierzchnią tynku mozaikę – warstwa po warstwie, by w niezmienionym kształcie zachować każdy jej element.
– Gdy doszywam brakujący fragment stroju – kołnierzyk lub mankiet – pilnuję, by każda część była zgodna z oryginałem. Szyję zawsze według pierwotnego wzoru – tłumaczy twórczyni. – Docieram do źródeł zawierających informacje potrzebne do precyzyjnego odtworzenia stroju lub regionalnej ozdoby: pająka, pisanki woskowej, kwiatów z bibuły. Kiedyś było trudno, bo niewiele wiedziałam, dziś już nie błądzę, bo wiem więcej – przekonuje.
Ubrana w tęczę
– Z dzieciństwa pamiętam wiejskie uroczystości, podczas których każdy z dumą ubierał się w strój regionalny. Ten zwyczaj zanika, a typowe dla miejsca ubiory zastępuje się imitacją. Tak jest łatwiej. We mnie nie ma zgody na zapomnienie – mówi z zaangażowaniem. – Choć praca zawodowa w administracji zajmuje dużą część mojego dnia, zawsze po powrocie do domu zajmuję się swoją pasją. Czas jest wypełniony, niejednokrotnie pojawia się zmęczenie, ale nigdy rezygnacja – zaznacza.
Często, gdy odwiedza różne miejsca w Polsce – podczas organizowanych przez siebie imprez (np. pokazów mody ludowej) i różnych warsztatów rękodzieła – przykuwa uwagę, mając na sobie oryginalną piotrkowską spódnicę. Wielobarwne prążki przypominają tęczę.

Ta spódnica jest rodzinną pamiątką. Nosiło ją wiele pokoleń kobiet z jej rodu. Gdy trafiła do niej, Agnieszka zrozumiała, że ma wartość nie tylko rodzinną, ale również kulturową. – Jest wełniana, ciężka – przyznaje. – Ale za każdym razem, gdy mam ją na sobie, czuję łączność z ziemią i przekazem przodków: „[…] człowieku, zabiegasz, turbujesz się, by dzień ten przeżyć, a nie pomyślisz nawet, co się okólnie dzieje, jakie to kadzielne zapachy wioną światem, od jakich świętych ołtarzy idą głosy, jakie utajone cuda są wszędy” – cytuje powieść Reymonta.
Pająk na szczęście
Podczas warsztatów wiele osób jest zaciekawionych nie tylko jej ubiorem, ale również wystrojem stoiska. Jego centralnym punktem jest pająk – ozdoba, która przykuwa uwagę kolorem i lekkością. Agnieszka wykonuje ją ze słomy i bibuły. Słomę sama zbiera i odpowiednio przygotowuje do wyrobu.
– Pająki cieszą się dużym zainteresowaniem. Sztuki ich wykonywania nauczyłam się od babci. W procesie tworzenia zawsze ją wspominam – wyznaje. – Dawniej pająki robiono co roku, by zawiesić je w wyznaczonym miejscu domu. Miały przynosić urodzaj i obfitość. Dziś, gdy w wystroju pomieszczeń coraz częściej łączy się tradycję ze współczesnością, służą jako ozdoba również w nowoczesnych wnętrzach.
Gdy stoisko otoczy rzesza gapiów, Agnieszka zaczyna opowiadać o obrzędach i rytuałach minionych czasów. Wtedy młodzi otwierają szeroko oczy, jakby chcieli zobaczyć więcej. I dostrzegają. Starsi marszczą czoło, jakby sobie coś przypominali. Pojawiają się łzy i delikatny uśmiech.
– Podejmuję się tej misji, bo w spuściźnie przodków znajduję zagubione przez współczesnych wartości: uważność, akceptację, szacunek, prawdę – tłumaczy Agnieszka.
Wsłuchani w jej opowieść jesteśmy i nie ma nas zarazem – zanurzeni w wyobraźni i tęsknocie za Reymontowskim obrazem ludzi budzących się o świcie i żegnających dzień o zachodzie słońca – świadomych wartości życia oraz przemijania, bycia częścią natury i częścią historii tych, którzy byli przed nimi.


