– Ludzie są różni, jak drzewa w lesie. Jeżeli mam coś powiedzieć jako sołtyska, to muszę przyznać, że lubię wszystkich naszych mieszkańców. Za co? Że są, jacy są! – stwierdza żywiołowo Maria Skokin.
Wyprowadzka z Makówki i marzenie o własnym M
Konieczność meldunku w mieście sprawiła, że Maria i jej mąż zostali zmuszenie do wyjazdu, dwa lata po ślubie, z Makówki (woj. podlaskie) do Hajnówki. Dokument ten był wymagany, jeśli starało się o mieszkanie w bloku. Na spełnienie marzenia o własnym M Maria czekała 12 lat. W tym czasie pracowała w dużych zakładach produkcyjnych.
– Najpierw byłam majstrem budowlanym, potem kasjerką w księgowości. I… nagle bum! Zakłady zaczęły podupadać – wspomina początki lat 90.

Właśnie wtedy przyszło zawiadomienie ze spółdzielni mieszkaniowej, że Maria i jej rodzina znaleźli się na liście. Ich wymarzone M4 kosztowało wówczas 252 miliony złotych. Maria poszła do banku, aby konta z książeczek mieszkaniowej i oszczędnościowej poddać rewaloryzacji. Do spełnienia marzenia zabrakło jedynie 1 miliona złotych. Wziąć kredyt? Ale firmy, w których pracowała wraz z mężem, właśnie upadały… Nadal z dwójką dzieci pomieszkiwać na stancji? Za co żyć, kiedy wypłatę dostaje się w ratach? Maria przyznaje, że to wtedy w jej głowie zabłysła lampka z napisem „Makówka”!
Swój dom zaprojektowała sama, bo jest absolwentką technikum budowlanego. Pomagała najbliższa rodzina, w tym szwagrowie, bo Maria jest najmłodszą z pięciu sióstr. Ojciec, który był cieślą, też ją wsparł, przepisał również ziemię z sadem. Za materiał posłużyły cegły z domu z rozbiórki.
– Podczas budowy Opatrzność nam sprzyjała. Kiedy analizujesz swoje życie, nagle uświadamiasz sobie, że wszystko jest po coś. Dopiero później zrozumiesz znaczenie tego – stwierdza.
Krach i kryzys
Nagła śmierć matki. Niewypłacalność firm, gdzie pracowała. Trud budowy domu. Początki choroby. Los nie rozpieszczał Marii. – Nie zależało mi na tym, jaka będzie praca, tylko aby ona w ogóle była, bo dzieci zaczęły już chodzić do szkół średnich. Żadnej pracy się nie boję, jak mawiała w filmie Irena Kwiatkowska. Były chlewy, kurniki i krowy. Ubój i rozbiór na miejscu. Potem pracowałam w masarni. Nasze polędwice łososiowe i pieczone kaszanki zdobywały medale na konkursach. Produkcja na trzy zmiany. Nieustannie powtarzałam: ja to sobie poradzę! – stwierdza, wracając do czasów transformacji.
Sama przyznaje, że wtedy często nie myślała o sobie, ale o innych.
– W zakładach nastał kryzys. Wtedy na „kuroniówkę” nie mogli pójść ci, którzy mieli gospodarkę rolną. Więc niech pracę zachowają ci, co mają rolę! Były dwie kobiety, w tym jedna, która sama wychowywała troje dzieci, a druga była młodą mężatką. Zdecydowałam, że pójdę na „kuroniówkę” w styczniu i do wiosny dam radę, a dziewczyny niech pracują, bo jak stracą robotę, to nie będą miały żadnego źródła dochodu. Rozmawiałam o tym z prezesem, który się zgodził – wspomina tamten okres. – Po trzech miesiącach wracam, ale okazuje się, że nie ma dla mnie nic. Ale znów coś się zdarza – sprzątaczka łamie palec i znajduje się dla mnie zajęcie. Prezes osobiście do mnie przyjechał z tą propozycją – opowiada. Maria zaznacza, że mogła liczyć na wsparcie sąsiadów, którzy pożyczali pieniądze w najtrudniejszych momentach, kiedy w domu brakowało na chleb czy na bilet do szkoły dla córki.

Radzi sobie, jak może, lecz niespodziewania przychodzi niemoc ciała. Maria podczas pracy w masarni zaczyna tracić przytomność. Długi proces diagnostyki, próby leczenia, wielotygodniowe pobyty w szpitalach… W końcu przechodzi na rentę i wycofuje się z życia.
Daj coś od siebie
W życiu Marii nastał ciemny czas. Jak sama przyznaje, była wówczas zamknięta w sobie, unikała kontaktów z ludźmi. Już wtedy podczas zebrań zgłaszano Marię na sołtyskę Makówki, ale ona odmawiała, wskazując, że długie pobyty w szpitalach utrudniałyby pełnienie obowiązków.
– Moja córka długo mi tłumaczyła, że powinnam inaczej myśleć o sobie. Aż przyszedł dzień, kiedy powiedziałam: dosyć! Czułam się, jakby ktoś mnie znów „włączył”. Stwierdziłam, że muszę wrócić do żywych. Chcę być taka, jaka byłam wcześniej. Miałam 55 lat i znów uciekłam w pracę. Od ośmiu lat jestem sołtyską. Teraz wszystko pali mi się w rękach: ogród, sołtysowanie, rada sołecka, hospicjum – wymienia jednym tchem swoje obecne obowiązki.
Jeśli dostałeś dobro, to należy je zwrócić innym. Wiem, że dobro wraca nie podwójnie, ale po stokroć
Dobitnie podkreśla, że nie ma czasu na głupoty. Nie interesują ją koterie, konflikty ani narzekanie.
– Daj coś od siebie, a dostaniesz wtedy podwójnie. Byłam wychowana w domu, gdzie nie było plotek, jeden drugiemu pomagał, choćby podczas młocki czy przy wypasaniu owiec. Jak jest bieda, to kto jest najbliżej, aby pomóc? Sąsiad. Dlatego wieś to jedna wielka rodzina – zaznacza.
Makówka – u nas jest jedność
Spacerując po Makówce, Maria potrafi opowiedzieć o wszystkich mieszańcach swojej wioski, ale też o historii tego miejsca. Ważnymi punktami są dębowe krzyże, które kiedyś wyznaczały granice zabudowy. Jej babcia, kiedy miała 90 lat, opowiadała, że postawiono je, aby odżegnać zarazę, która sprowadzała śmierć na dzieci. Dziś mieszkańcy wspominają, że dzięki precesji prowadzonej przez prawosławnego księdza oraz modlitwom nastąpił cud.

– Rodziny katolickie i prawosławne są tutaj razem, u nas jest jedność. Sama jestem z rodziny mieszanej, ale dla mnie ważny jest człowiek, jego kultura, jego zachowanie, jego podejście do drugiego. Dziadek był katolikiem, a babcia prawosławna. A w pokoleniu młodszych: moja synowa jest katoliczką, a syn prawosławny, ślub brali w cerkwi, dzieci są ochrzczone w kościele. Jeden jest Bóg, ważny jest człowiek – Maria wyznaje prostą prawdę.
Czuję się potrzebna
Jak sama przyznaje, teraz niczego nie planuje, a życie toczy się samo. Ważnym punktem w jej tygodniu jest praca jako wolontariuszki w dopiero co otwartym hospicjum wiejskim w Makówce. W poniedziałki, środy i piątki odwiedza o poranku wszystkich pacjentów. Robi jej się smutno, gdy spostrzega, że nie ma kogoś, z kim się widziała podczas ostatniej wizyty.
– Czasem poduszkę poprawię albo rozczeszę włosy. Jeśli tego chcą, głaszczę ich. Mówię pacjentom, że są dzielni. Wspieram ich. Dużo z nimi rozmawiam, ostatnio z dwoma panami o… ziemniakach. Zdarzyło się też, że czytałam jednej chorej modlitewnik. Pomodliłyśmy się razem. Czasem to drobiazg, jak wymiana komuś baterii w aparacie słuchowym. Zawsze przychodzę do nich z uśmiechem – podkreśla Maria i wyjaśnia, że te spotkania są bodźcem dla niej, ale też dzięki nim czuje się potrzebna.
– Jeśli dostałeś dobro, to należy je zwrócić innym. Wiem, że dobro wraca nie podwójnie, ale po stokroć. Zawsze mówię: zacznij od siebie, szukaj źródła dobra w sobie – dodaje pogodnym głosem.